Madagaskar: w drodze na Mauritius
Rozpoczął się pierwszy etap naszej wielkiej przygody na Madagaskarze. Wprawdzie upłynie jeszcze kilka dni, zanim dotrzemy na Czerwoną Wyspę, jednak już teraz wszystko zapowiada się interesująco i… niestety, pechowo.
W sobotę, 9 czerwca, od wczesnych godzin porannych na lotnisku w podkrakowskich Balicach zaczęły się gromadzić nieliczne grupki ludzi, by w końcu w jednej grupie wymienić uściski dłoni i rozpocząć przygotowania do wylotu. Zanim jednak to nastąpiło, były wywiady dla radia, zdjęcia, pytania i gorączkowe sprawdzania stanu plecaków. Astronomowie wyładowali busa ze sprzętem i można było spokojnie udać się w kierunku sali odlotów. Wydaje się, że dopiero wówczas grupka szczęśliwców, którzy wygrali ten wyjazd na Madagaskar w konkursie Onet.pl, uświadomiła sobie, że klamka już zapadła i nie ma odwrotu. Trzeba lecieć! Mimo że dla większości z nich był to pierwszego rodzaju taki wyjazd, trzymali się dzielnie i mimy mieli morowe.
…Szwajcaria, bynajmniej nie kaszubska…
Kilka godzin wolnego czasu na międzylądowaniu w Zurychu spędziliśmy spacerując po tym – jak określają je sami Szwajcarzy – „małym, acz pięknym” mieście. Mieliśmy okazję przyjrzeć się meczowi koszykówki plażowej, rozgrywanemu wewnątrz budynku dworca głównego, spróbować białych kiełbasek z grilla i szwajcarskiego piwa. Jednak zbliżający się czas odlotu zmusił nas do powrotu na lotnisko i rozpoczęcia kolejnej odprawy paszportowej.
…unplugged, znaczy bez prądu…
Współczesne lotniska wyposażone są w nowoczesną aparaturę pozwalającą dokładnie prześwietlić bagaż podróżnego. Jak dokładnie? – zapyta ktoś. Po co? – zapyta ktoś inny. W drugim przypadku odpowiedź wydaje się banalnie prosta. Chodzi o bezpieczeństwo. Ale odpowiedź na pierwsze pytanie może zaskoczyć każdego… Wcześniej wspomniałem o naszym bagażu specjalnym, niezbędnym do dokonania instrumentalnych obserwacji całkowitego zaćmienia Słońca, ale zapomniałem dodać, że pewne urządzenia, które będą przez nas wykorzystywane, muszą być w ciągłym ruchu. Ruch potrzebuje energii, energię dostarcza… elektrownia, a jak się jest w miejscu takim jak Madagaskar, to trzeba sobie tę elektrownie zabrać ze sobą. I tak po nitce doszliśmy do kłębka, a dokładnie do spalinowego agregatu prądotwórczego, który miał nam zapewnić stały dopływ energii. Piszę „miał”, bo inteligentny czytelnik z pewnością domyślił się, że tego urządzenia już nie ma na naszej liście sprzętu. I słusznie. Nie ma. A to z winy aparatury prześwietlającej, która w skrzyni z agregatem doszukała się oparów benzyny. Cała paczka został przez fachowców z linii Air Mauritius i lotniska określona jako niebezpieczna i zarekwirowana. Na nic zdała się piękna francuszczyzna Janusza Kaszy. Służby ochrony były nieubłagane. I w ten sposób zostaliśmy pozbawieni prądu, jednak nie energii. (Kiedy piszę te słowa, trwa dyskusja, w jaki sposób zorganizować alternatywne źródło zasilania.)
…co wspólnego ma Mauritius z pryszczycą i niemiecką granicą…
Ponad 10 godzin spędziliśmy w komfortowych warunkach, jakie zapewniają wnętrza Airbusa linii lotniczych Air Mauritius, aby w końcu wylądować, w okolicy godziny 10 rano, na wyspie. W czasie długiego lotu mieliśmy okazję podziwiać wspaniałe widoki, jakie zafundował nam afrykański kontynent. Po 4 rano zaczęło świtać. Każdy, kto kiedykolwiek miał okazję lecieć samolotem, dobrze zna to zjawisko. Przepiękna feeria kolorów, dywan chmur nisko pod samolotem, z wyrzeźbionymi różnego rodzaju formami. Wręcz euforię wywołał przecinający odważnie dywan chmur, bazaltowy szczyt Mount Kenia.
Jakby tego było za mało, po nieco dłuższej chwili pasażerów zajmujących miejsca po prawej stronie samolotu wprowadził w stan zachwytu wspaniale oświetlony, śnieżnobiały stożek masywu Kilimandżaro, najwyższego szczytu Afryki.
Jeszcze w czasie lotu każdy z nas musiał wypełnić odpowiednie formularze, w których drobiazgowo rozpatrywano nasze związki z krajami afrykańskimi, azjatyckimi, pytano nas o wwożoną żywność, rośliny, zwierzęta. Dopełnieniem wszystkiego i jednocześnie rzeczą, która rozwiała nasze wątpliwości co do sensu tego działania była… wielka gąbka, nasączona jakąś substancją, po której musieliśmy grzecznie przespacerować się, wychodząc z samolotu… Zupełnie tak samo jak na niemieckiej granicy – zaśmiał się ktoś z wychodzących.
Około godziny 9 rano w niedzielę, 10 czerwca, wylądowaliśmy na maleńkiej wyspie, o której mówi się, że została stworzona na wzór i podobieństwo rajskiego ogrodu. Witamy na Mauritiusie!