Madagaskar: w rajskim ogrodzie
Na lotnisku przywitały nas ptaki raźno baraszkujące w niedużej sali odpraw. Jeszcze tylko kilka chwil w kolejce, parę słów wyjaśnień i razem z grupą turystów, którzy tę wyspę obrali jako cel najbliższych dwóch tygodni, przepuszczono nas przez granicę.
Przed samym wyjściem czekała na nas wcześniej umówiona z Polski pani Gertruda, Polka, od 8 lat mieszkająca na Mauritiusie. Przy jej pomocy bardzo szybko znaleźliśmy się w dwóch pędzących asfaltową nitką, przez ogromne pola trzciny cukrowej busach. Minęło kilka minut i naszym oczom ukazała się fasada hotelu Blue Lagoon.
Niedzielne popołudnie spędziliśmy na różne sposoby. Cześć osób postanowiła porozglądać się po okolicy, część – w tym niżej podpisany – zdecydowała od razu zaspokoić ciekawość w stosunku do rewelacyjnie turkusowej i kryształowo czystej wody Oceanu Indyjskiego. Hotel, położony w zasadzie na samej plaży, nie utrudniał podjęcia decyzji. Bezpłatna wypożyczalnia sprzętu wodnego jeszcze ją przyspieszyła. Zaopatrzeni w maski, rurki i płetwy, sześcioosobowa grupą udaliśmy się na spotkanie z rafa koralową. Mimo że ocean był nieco wzburzony, radości było co niemiara! Blisko godzinę baraszkowaliśmy w wodzie, kilkadziesiąt metrów od brzegu nurkując, pływając, podglądając podwodne życie ryb, które niektórzy z nas znali jedynie z filmów przyrodniczych bądź z pobytu w oceanarium. Dość silny wiatr i zmęczenie po przebytej podróży zwyciężyły i zmusiły nas do wyjścia z wody.
Wieczór nie przyniósł poprawy. Wiało równie mocno jak w ciągu dnia i nic nie wskazywało, że pogoda się poprawi. Mimo że przebywaliśmy na Mauritiusie, myślami byliśmy już na Madagaskarze. Zastanawialiśmy się, co czeka nas na kilka dni. W jaki sposób przystosujemy się do malgaskich realiów. Chcieliśmy już wyjechać stąd, stawić czoła przygodzie, przemieszczać się nieznanymi drogami, spać na plaży w namiocie, piec ryby na ognisku, zasypiać, patrząc w rozgwieżdżone niebo. Niestety, nasz samolot będzie leciał dopiero we wtorek…
Próbując zbić czas do kolacji, udaliśmy się na spacer wzdłuż plaży. Główkowaliśmy, jak zagospodarować jutrzejszy dzień. Do rozważenia mieliśmy propozycję Gertrudy, która zaproponowała całodzienną wycieczkę po wyspie. Rozmawiając o tej możliwości chrupaliśmy pyszne samosa, czyli pierożki nadziewane kawałkami kurczaka lub rybą, wymieszane z warzywami i smażone na głębokim oleju. Lenistwo nie jest tym, co lubimy najbardziej, dlatego możliwość zobaczenia całej wyspy, wielkich gór pochodzenia wulkanicznego, wodospadów, plantacji kawy i trzciny cukrowej była kusząca.
Zupełnie przypadkiem poznaliśmy Mio, miejscowego rybaka, właściciela łodzi motorowej, oraz jego przyjaciółkę ze Szwecji. Od słowa do słowa, rozmowa zeszła na temat jutrzejszego dnia, planów, i Mio zaproponował, że może nas jutro zabrać swoją łodzią na prawdziwą, żywą rafę koralową, gdzie będziemy mogli do woli nurkować i podziwiać podwodne życie. Propozycja ta – po wczesniejszych kilku radosnych chwilach, spędzonych na podwodnych szaleństwach – wydała się bardzo interesująca. Umówiliśmy się na 9 rano dnia następnego, dogadaliśmy szczegóły finansowe i w radosnych nastrojach wróciliśmy do hotelu na kolację.
Zanim udaliśmy się na spoczynek, czekała nas jeszcze jedno zadanie – sprawdzenie łączności satelitarnej. Wcześniej testowaliśmy transmisje z Polski, ale tutaj, na drugiej półkuli, wszystko mogło się zdarzyć. Rozstawiliśmy więc telefon, wielką antenę, ustaliliśmy azymut satelity. Jeszcze kilka chwil i cały osprzęt był zestawiony. Nastała cisza, kiedy Maciek próbował połączyć się ze stacją odbiorczą. Jest OK – twarz naszego speca od transmisji rozjaśnił uśmiech. I kamień spadł nam z serca. Już za kilka dni ten telefon będzie dla nas jedynym łącznikiem z cywilizacją.