Madagaskar: gdzie nigdy nie było… turystów
„Tam kończy się świat” – w ten sposób właściciele kempingu, na którym mieszkaliśmy w Manakarze, zareklamowali rejon poniżej miasta.
Ok. 400 km bezdroży, brak utwardzonej nawierzchni, przeprawy przez rzeki. To czekało nas w dniu dzisiejszym i później, kierowcy bowiem określili czas przejazdu przez odcinek długości blisko 200 km na 3 dni. Nic to dla nas… Rano zapakowaliśmy auta, pożegnaliśmy grupę, która zrezygnowała z wyprawy na południe, i raźno ruszyliśmy w drogę. W ciągu kilku godzin dotarliśmy do miejscowości Vaingaindrano, ostatniej, do której można było dojechać normalnymi drogami. Tutaj zrobiliśmy niezbędne zakupy, ponieważ dalej nie było zupełnie nic, nawet drogi. Widać biali turyści nie są częstym zjawiskiem w tych rejonach, bo po kilku minutach wokół naszych aut zebrała się całkiem spora grupka ciekawskich. Ludzie pokazywali sobie nas palcami i śmiali się w głos. Zakupiliśmy kilka kilogramów patatów, olej, pieczywo oraz cebulę i czosnek, zapakowaliśmy auto i ruszyliśmy w drogę.
Gotująca woda sycząc pochłonęła pierwszą porcję makaronu, potem następną, a po 20 minutach mniejszą porcję rozpuszczonych w osobnym naczyniu sześciu opakowań zupy grochowej. Po chwili wszyscy ze smakiem zajadali grochówkę, wsłuchując się w szum fal zacięcie atakujących nadbrzeżne skały.
Wszyscy byli zadowoleni z decyzji jazdy na południu i nocowania na plaży. Dla niektórych z grupy było to pierwszego rodzaju takie przeżycie… Wschodni Madagaskar wydał się niesamowity, ze wszystkimi swoimi bezdrożami, polami ryżowymi, gajami bananowców, uprawami i przede wszystkim ludźmi.
Masianaka, 15.06.2001