Madagaskar: o Wielkim Bracie, wizycie króla i przyjaźni polsko-malgaskiej
Dzisiaj plan dnia napięty do granic możliwości. Wstaliśmy wprawdzie później niż planowaliśmy, ale jazda dała nam się we znaki. Około 10.00 planowaliśmy wyruszyć wraz z miejscowymi rybakami na połów, w morze.
Oprócz rybaków jest też grupka kobiet i dzieci z zaciekawieniem przyglądających się rozwojowi wydarzeń. A za chwilę będzie się działo! Trzy łodzie zepchnięte na wodę czekają. Powoli „instalujemy się” na przestrzeni szerokiej na pół metra dłubanki. Kiedy dwie łodzie mozolnie walczą z falami, trzecia łódź zupełnie niespodziewanie nabiera wody i bezceremonialnie idzie na dno! Krzysztof i Adam z przerażeniem próbują wydostać się z tonącej jednostki. Ich niezgrabne starania wywołują salwy śmiechu zarówno wśród rybaków, jak i zgromadzonej na brzegu publiczności. W końcu przemoczonym udaje się wydostać na brzeg. Tymczasem pozostałe dwie łodzie przechodzą strefę największych fal i wpływają na spokojną wodę.
Kiedy wodnym atrakcjom stało się zadość, cały obóz rozpoczął przygotowania do przyjęcia… króla wioski! Nikt nie przypuszczał, że jesteśmy pierwszymi białymi turystami, którzy dotarli do Masianaki. Przez to czuliśmy się jak odkrywcy i zupełnie inaczej zaczęliśmy traktować wyprawę. To było naprawdę niesamowite uczucie, które ciężko jest porównać z jakimkolwiek innym. W związku z tym faktem zarówno mer, jak i król wioski postanowili zaszczycić nas swoją obecnością.
W wiosce musiało być dosyć głośno o nas i o wizycie, ponieważ już od południa – a wizyta była zapowiedziana na 15.00 – wokół naszego obozowiska zaczęły gromadzić się tłumy. Po krótkim czasie nasza sytuacja była niewiele lepsza od położenia uczestników programu BB. Dookoła tłum, a my w swoich codziennych sytuacjach: ktoś śpi, ktoś coś czyta, gotuje, rybacy przynoszą langusty i ryby. Każdy nasz ruch jest obserwowany, każda czynność komentowana. Co chwilę wybuchają salwy śmiechu.
Około 16.00 pojawił się król oraz mer w towarzystwie swoich doradców. Dookoła namiotów czekało wówczas prawie dwustu mieszkańców wioski. Rozpoczęła się ceremonia powitania. Wszyscy przedstawiali się sobie wzajemnie, po czym zaczęły się przemówienia. Na tym etapie nieoceniony okazał się Michael, który szybciutko tłumaczył słowa mera. Wioska była bardzo dumna z tego, że zjawiliśmy się. Ubolewała, że na tak krótko. Mer przepraszał, że nie mogli zjawić się wszyscy (ok. 15 tys. osób…), ale jak wiadomo, mieli swoje codzienne obowiązki. Były jeszcze słowa o przyjaźni, wzajemnej pomocy, a wszystko to w potokach deszczu, bezlitośnie lejącego z zachmurzonego nieba. Nasze przemówienie nie było aż tak długie, ale za to zakończyliśmy je poczęstunkiem. Pewnie po raz pierwszy w życiu i najprawdopodobniej ostatni, król wraz ze świtą miał okazję posmakować polskiego chleba. Wieźliśmy go z kraju, licząc, że dojdzie do sytuacji, w której okaże się przydatny. W obieg poszedł też kubek rumu oraz owoce.
Na zakończenie ceremonii powitania król pobłogosławił naszą wyprawę i życzył nam powodzenia, bezpiecznej podróży i powrotu do domu. W ramach przyjaźni polsko-malgaskiej, jak to bywa w tamtejszym zwyczaju, wręczyliśmy królowi niewielki podarunek w postaci zwitka banknotów i ceremonia zakończyła się na dobre. Całe towarzystwo momentalnie rozeszło się, a my pozostaliśmy pełni wrażeń, zaskoczeni i po trosze zszokowani, nikt bowiem nie przypuszczał, że przyjdzie nam gościć prawdziwego króla…
Manasiaka, 16.06.2001