Tepui 2002: „Maniana” nie zawsze znaczy jutro…
Czwarty dzień, chyba za karę, siedzimy w Caracas. Okazało się, że „jutro” jest pojęciem względnym. Motolotnia w dalszym ciągu przebywa w cargo…
Wczoraj i dzisiaj mieliśmy sporo czasu wolnego. Powoli przyzwyczajamy się do Caracas, do ludzi, do huku, tłoku i gorąca. Codziennie po południu nasze rozemocjonowane głowy chłodzi równikowy deszcz. Z regularnością szwajcarskiego zegarka, ok. godz. 17 z nieba spadają potoki deszczu. Niesamowite, w ciągu kilku minut ulice zmieniają się w rwące potoki, woda sięga do połowy kół samochodów, z okolicznych wzgórz spływają potoki błota. Mieszkańcy miasta jakby tego nie zauważają, życie toczy się dalej; co niektórzy chowają się pod parasolami i w bramach. Kilkanaście minut i wszystko cichnie, woda znika, powietrze, gęste od pary ponownie ogrzewa się. Te deszcze to chwile wytchnienia od całodziennego upału pozwalają nam jako tako funkcjonować. Kiedy wejdziemy do dżungli będą nas nachodzić pewnie kilka razy dziennie.
Dzisiaj postanowiliśmy zobaczyć wreszcie wybrzeże Morza Karaibskiego. Po ponad godzinnej jeździe wynajętym busem dotarliśmy do niewielkiej nadmorskiej miejscowości turystycznej. Obraz nędzy i rozpaczy – tak można określić to, co dumnie nazywa się karaibską plażą. Brud, fury śmieci, koparki pracujące dookoła… Nie tak to sobie wyobrażaliśmy. Pewnie znaleźliśmy się w nie odpowiednim miejscu, pewnie gdzieś indziej jest fajnie… Może. Jedynie woda nie zawiodła, ciepła, słona i bajecznie czysta.
Powoli przyzwyczajamy się do miasta. Już nie zaskakuje nas wszystko dookoła. Zaczynamy patrzeć na miasto innym wzrokiem. Wczuwamy się w południowo amerykański klimat i Caracas zaczyna się nam podobać… Zawsze twierdziłem, że to ludzie stanowią o miejscach, które się odwiedza. Kolejny raz przekonałem się, że to prawda. Spotykamy się z dużą serdecznością i bezinteresownością. Nie licząc problemów z cargo wszyscy są O.K. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze – przed wyjazdem na południe – napisać kilka słów o Caracas. Dla zachęty powiem, że głównym środkiem komunikacji osobowej w mieście są… pamiętające jeszcze Elvisa Presleya chevrolety…
do przeczytania następnym razem
Piotrek Trybalski, Caracas, 3 października 2002