logo
  • BIO
  • NOWE
  • REPO
  • STREET
  • PODRÓŻE
  • WARSZTATY
  • PUBLIKACJE
    • KSIĄŻKI
  • BLOG
  • SHOP
    • Travel
    • Cycling
    • Landscape
    • Portrait
    • Photo – workshop
    • —————
    • Polityka prywatności
    • Regulamin zakupów
    • Twoje konto
logo
0
  • BIO
  • NOWE
  • REPO
  • STREET
  • PODRÓŻE
  • WARSZTATY
  • PUBLIKACJE
    • KSIĄŻKI
  • BLOG
  • SHOP
    • Travel
    • Cycling
    • Landscape
    • Portrait
    • Photo – workshop
    • —————
    • Polityka prywatności
    • Regulamin zakupów
    • Twoje konto
Share
Date 16 kwietnia 2011
Author Piotr Trybalski
Categories Blog

Myto Syriusza

Kiedyś, wiele lat temu… no dobrze, będę precyzyjny – w 1998 roku byłem w Indiach i udało mi się dotrzeć do Puriu, do leprozorium prowadzonego przez nieodżałowanego ojca Mariana Żelazka. To niesamowite miejsce, dające ludziom coś czego nie można kupić za żadne pieniądze – nadzieję.

Wraz z przyjaciółmi spędziliśmy tam kilka dni, patrząc jak ludzie wyrzuceni poza margines tolerancji żyją, pracują, umierają. Długo nie mogłem zapomnieć obrazów, które tam widziałem.

W zasadzie w dalszym ciągu stoją mi przed oczami. Nie, żebym chciał je wyrzucić z pamięci. Po prostu wrażenia jak na dwudziestokilkulatka były nieco ponad miarę.

Niewielka szkoła w jednej z dogońskich wiosek. Kiedy my przesuwamy ciekłokrystaliczne ekrany naszych smartfonów, tu wciąż używa się tabliczek i patyczków.

 

Pamiętam, że Indie wydały mi się wówczas krajem, w którym każdy wyciąga rękę, prosząc o coś, coś – co dla mnie było niewielkim gestem dobrej woli, dla proszącego często szansą na przeżycie kolejnych dni. Proszących było zawsze pełno, wszędzie. Moje młode, polskie, wrażliwe serce chciało się pochylać nad każdym, dawać, ratować. Ale to było fizycznie nie możliwe.

Zadałem wówczas ojcu Marianowi pytanie: ojcze, jak wybrać tych, którzy naprawdę potrzebują? Uśmiechną się i powiedział: nie da się. Zapytałem więc ponownie: ojcze, komu więc mam dać? Odpowiedział: nikomu. Nie dawaj ludziom ryby, daj im wędkę. Ta rozmowa na całe lata utkwiła w mojej głowie. Widziałem tego najlepszy przykład: leprozorium w Puri – świetnie zarządzane, samowystarczalne miasto w mieście, w którym trędowaci sami robili wszystko od a do z – od jedzenia, przez odzież po wyposażenie domów.

 

Nie wiem czy ktoś uwierzy... Kiedy mijaliśmy plantację cebuli, jednak z pracujących dziewczynek nagle odrzuciła motykę i - nawet nas nie widząc - przecisnęła rękę przez grube na kilkanaście centymetrów ogrodzenie krzycząc "kado"

10 lat później wiedziałem już o wędce i rybie znacznie więcej. Widziałem ojców, którzy rikszą zawozili swoje dzieci do bogatych, turystycznych dzielnic indyjskich miast by te żebrząc zarabiały. Widziałem bogatych turystów, którzy tylko po to zatrzymywali się i wysiadali z autobusów aby „obdarować” zgromadzonych na poboczu autochtonów pieniędzmi. Cóż, gest jest wprost proporcjonalny do grubości portfela, a jałmużny może naprawdę poprawić humor darczyńcy. W końcu dość dużo wiedziałem o głośnej akcji Boba Geldofa „Live Aid”, która zebrała mnóstwo pieniędzy dla Etiopii, a te dla kraju nie stały się ani wędką ani tym bardziej rybą. Roztrwonił je skorumpowany, etiopski rząd oraz organizacje, które z działalnością charytatywną łączyła tylko nazwa.

Te 10 lat później wylądowałem w sercu Mali, brnąc zakurzonymi ścieżkami w Kraju Dogonów, zerkając spode łba na wysoki na 500 metrów uskok Bandiagara. To niesamowite miejsce, pełne animistycznych wierzeń, magii zaklętej w ukrytych wysoko niewielkich domkach, należących kiedyś do Tollemów. Dogonowie jakoby posiadają wiedzę astronomiczną, której nie powstydziłby się niejeden naukowiec, ba – jeszcze do niedawna nikt nie miał prawa w ogóle jej posiadać. Sęk w tym, że Dogonowie też nie mieli skąd dowiedzieć tego co wiedzą. Badania etnograficzne prowadzone w tym rejonie przez francuskich naukowców jakoby dowiodły, że ci ludzie, tak mocno związani z Syriuszem, musieli mieć jakieś związki z kosmitami, obcymi cywilizacjami. No bo jak wytłumaczyć ich wiedzę na temat gwiazd, których z Ziemi nie widać gołym okiem? Gdzie jest prawda? Na pewno nie w publikacjach Ericha von Danikena. Faktem jest że aura tajemnic i niesamowitości przyciąga tu tysiące turystów. Któż nie chciałby się spotkać z ludźmi, którzy nie mieszkają w kamiennych domkach i wiedzą o gwiazdach znacznie więcej niż przeciętny zjadacz chleba – czy to w Starym czy w Nowym świecie?

Ale popularność ma swoją cenę. Tę dość łatwo odczytać na sporych rozmiarów tablicach, zamontowanych na progu większości dogońskich wiosek. Tamże na strudzonych wędrowców czekają też grupy dzieciaków, które z okrzykiem „kado” żwawo wyciągają rękę, prosząc o jałmużnę.

 

Grupa niewinnych dzieciaków... Kiedy w zamian za ich piosenkę my wykonaliśmy swoją - zaczęło się piekło. Poleciały w naszą stronę kamienie, dzieciaki rzuciły się na nas, szarpiąc popychając. Okazało się, że miejsce w którym stoją to "klasyczny" punkt "poboru opłat" od białych turystów.

Dać czy nie dać? No właśnie. Nie dałem. Chciałem dać długopis. Nie chciały. I niewiele brakowało, by ten afront zakończył się tragicznie zarówno dla mnie jak i bliskich mi przyjaciół, z którymi podróżowałem. Niewinne istoty, rozśpiewane, uśmiechnięte, gdy tylko zorientowały się, że biały turysta nie zapłaci wpadły w stan, który bez cienia przesady mogę nazwać szałem. Pierwszy raz bałem się grupy dzieciaków. Udało się uciec.

Trasa pomiędzy dogońskimi wioskami obsługiwana jest przez młodocianych handlarzy. Zamiast do szkoły biegają za turystami, oferując im np. grzechotki z owoców baobabów.

Jakiś czas później trafiłem do szkoły. Zobaczyłem tam raczej smutne, może nieco przestraszone ale i zaciekawione twarze. Rysiki skrzypiały po drewnianych płytkach, dzieci pilnie kaligrafowały litery, wypisane kredą na tablicy. O nic nie prosiły. Za to prosił nauczyciel. O każdy grosz: na zeszyty, długopisy, kredki i bloki. Dałem. Wpisał kwotę i moje nazwisko do specjalnego zeszytu, kazał się podpisać. Zamknął notatnik, uścisnął mi dłoń i podziękował. Zapytałem go o zdarzenie sprzed kilku dni. Cóż, chyba spodziewałem się takiego wyjaśnienia. Wyciągając rękę po „kado” można zarobić więcej niż pracując na roli, sadząć cebulę czy bawełnę. Turyści rozdają dolary i euro na prawo i lewo. To „zbieractwo” stało się dla młodych Malijczyków sposobem na życie, bez potrzeby marnowania czasu na szkołę czy pracę. No bo po co, skoro pieniądze można zdobyć w inny sposób? Niestety w podobny sposób zaczynają myśleć rodzice nieletnich „zbieraczy”, zarzucają pracę, uprawę i koncentrują się na łatwym zarobku.

Dlatego nigdy nie płacę dzieciom za zdjęcia. Daje gadżety, które mogę się przydać. Zeszyt, długopis. Zdarzyło mi się, w zamian za zdjęcia, dać młodej pasterce owiec w Rumunii… szminkę. Nie pytajcie skąd ją miałem! Obdarowana była wniebowzięta. Zdarza się, że za zrobione zdjęcia płacę, dorosłym, ale za to wymagam! Moje fotografowanie, przygotowanie portretu to praca, oni to widzą, a ja uprzedzam, że potrzebuję pół godziny, że pracy będzie sporo, że będę przestawiał, obracał, kazał patrzeć tu, tam… I że nie zrobię zdjęć wszystkim dookoła tylko tej jednej, konkretnej osobie. Wówczas płacę i wiem, że oni to rozumieją. Może to dla nich nie jest zbyt ciężka praca ale nie o to w tym chodzi. Ważne, by rozumieli, że biały turysta to nie św. Mikołaj, który zbawi świat. Rozdając pieniądze świata nie zbawimy, ani trochę. A „ryba” to nie sposób na poprawę warunków życia w krajach, które mają gorszy start. W przypadku Mali ten gorszy start wynika także z naszej winy, mieszkańców Starego Świata, kolonistów. Wystarczy bowiem, że w jakimś uzależnionym od turystyki kraju pojawi się grupa szaleńców, przez których ruch turystyczny załamie się i ci, którzy karmili rodziny łatwym, darowanym, zarobkiem zostaną pozostawieni sami sobie, bez szans na przeżycie. Przykładów nie trzeba szukać ani daleko ani zagłębiając się zbyt w przeszłość.

 

W dogońskiej wiosce życie zatrzymuje się, gdy wkracza biały turysta. Wszyscy z uwagą śledzą jego poczynania. Próba wyjęcia aparatu zazwyczaj kończy się zdecydowaną, odmowną reakcją. Chyba, że ktoś zapłaci. Wówczas ma szansę na taką "teatralną" fotografię.

Tekst został opublikowany w miesięczniku FotoGeA.com, bezpłatnie do pobrania:
http://www.fotogea.com/?page_id=692

TAGS fotogea.comfotografowanie w podróżyIndieMali
Prev Post
Meeting people is easy (Kuba)
Next Post
III edycja warsztatów “Fotografowanie w podróży” – zapraszam do Warszawy

Related

W Akademii Młodego Radiowca
AborygeniAustraliaMali
W Akademii Młodego Radiowca
Podróż po Waranasi i fotografowanie ruchu
foto poradnikIndieWaranasi
Podróż po Waranasi i fotografowanie ruchu
Warsztaty fotograficzne  – foto wyprawa do Indii
IndieWarsztaty fotograficzne
Warsztaty fotograficzne – foto wyprawa do Indii
Footer image
Piotr Trybalski - fotograf, pisarz, reporter
Cześć, nazywam się Piotrek Trybalski, zajmuję się tym, co w mowie angielskiej określa się mianem “photojournalism”, zaś w naszej – fotografuję i piszę, zazwyczaj w podróży. Wiele lat temu stworzyłem OnetPodróże, pisałem i fotografowałem m.in dla: “Outside”, „Polityka”, “Przekrój” „National Geographic”, National Geographic Traveler, „Podróże”, „Focus Historia”, „Magazynu Górskiego”, „Ski”, “Witaj w podróży”. Jestem autorem książek, m.in. „Fotograf w podróży”, “Podróże z Adrenaliną”, “Ja, pustelnik“, "Gdyby to nie był Everest,,,", prowadzę warsztaty fotograficzne i fotowyprawy.
©2026 PIOTR TRYBALSKI
Moja nowa książka
Andrzej Zawada himalaista biografia

Leszek Cichy zimowy Everest

Zimowa wyprawa na K2 Polska



Zobacz co jest w środku i kup. Kliknij.
Zobacz co jest w środku i kup. Kliknij.
Zobacz co jest w środku i kup. Kliknij.
Pod moją redakcją

Zobacz co jest w środku i kup. Kliknij.

Drag to scroll

Dismiss
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.Zamknij