Madagaskar: 30 km na południe od Zwrotnika Koziorożca
13 czerwca około 12.00 wyjechaliśmy z Tany (tak Malgasze nazywają swoją stolicę, Antananarivo). Wąska, ale dobrze utrzymana nitka asfaltu prowadziła nas dokładnie na południe.
Piszę „wieczorem”, a w rzeczywistości była to godzina 17.30. O tej bowiem porze na niskich szerokościach geograficznych robi się ciemno. Zmrok zapada tutaj dosłownie w kilka minut. Nasze perswazje, prośby i inne argumenty nie zrobiły najmniejszego wrażenia na kierowcach. Uparcie twierdzili, że nie będą jeździli po zapadnięciu zmroku. Obawiali się napadów, które czasami zdarzają się na Madagaskarze. Chcąc nie chcąc, musieliśmy zatrzymać się na nocleg. A byliśmy dopiero ok. 200 km od Tany! Planowaliśmy dotrzeć do miejscowości Ranomafana i parku narodowego, znajdującego się w tamtej okolicy. Zabrakło 170 km.
Następnego dnia wyruszyliśmy o 5 rano. Zaczęło świtać, kiedy trzy auta, załadowane aż po dach, mknęły drogą przez dżunglę, kierując się dokładnie na wschód. Po kilkudziesięciu kilometrach całkiem niezłej jazdy dotarliśmy do pierwszego „odcinka specjalnego”. Nagle asfalt urwał się jak odcięty nożem i droga zamieniła się w zwykłą ziemną, utwardzoną nawierzchnię. Niestety, utwardzenie było jedynie symboliczne, bowiem już po chwili okazało się, że ciężarówki skutecznie rozjeździły całą drogę i nasz przejazd przypominał zawody samochodów terenowych. Myślę, że nasi kierowcy nie mają się czego wstydzić, radzili sobie wyśmienicie. Odcinek długości 40 km przejechaliśmy w prawie 3 godziny… W międzyczasie lunęło i zanim dojechaliśmy do parku Ranomafana, z nieba spadały całkiem pokaźne potoki deszczu. W tych okolicznościach zwiedzanie parku, którego atrakcją jest głównie 12 gatunków lemurów, stało się bezsensowne. W deszczu nie mieliśmy szans zobaczenia czegokolwiek, dlatego po posiłku zdecydowaliśmy się na dalszą jazdę.
Po kilkunastu kilometrach przejechaliśmy przez przełęcz i zaczęliśmy zjeżdżać w kierunku wschodniego wybrzeża. Powoli pogoda polepszała się. Im byliśmy niżej, tym mniej było wilgotnych lasów, a więcej otwartych przestrzeni tworzących wielkie łąki, coś jak bieszczadzkie połoniny.
Zapadła ciemność, kiedy dotarliśmy do Manakary, miasta na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego. Kierowaliśmy się do dzielnicy Manakara Be, gdzie – jak podają przewodniki – znajduje się najwięcej tanich i przytulnych nadmorskich hotelików. Bez większego problemu znaleźliśmy coś na wzór kempingu, prowadzonego przez… dwóch Europejczyków. Zakwaterowanie dostaliśmy w bungalowach i po rozładunku aut udaliśmy się na kolacje. Tego wieczora pierwszy raz mogliśmy posmakować langusty!
Fenomenalne, że krajobraz na przestrzeni tych 500 km, które przejechaliśmy, zmienił się aż trzy razy. Teraz dookoła panowały sucholubne zarośla kolczaste, ogromne agawy, palmy i pojedyncze skupiska drzew. Jeszcze kilka godzin temu staliśmy zmoknięci w środku wilgotnej dżungli, teraz wsłuchiwaliśmy się w szum fal oceanu.
Podczas dyskusji w czasie kolacji okazało się, że część osób nie ma zbytniej ochoty na dalszą podróż na południe. Chcą jechać z powrotem. Dyskusja trwała długo. Formuła wyjazdu od początku była dosyć luźna, więc większego problemu nie było. Poruszanie się trzema autami gwarantowało niezależność. W końcu ustaliliśmy, że jeden samochodów wraz z piątką osób wróci na północ. Ponowne spotkanie ustaliliśmy na 19 czerwca, w okolicy parku narodowego Isalo, po drugiej, zachodniej stronie wyspy, w miejscu, z którego planowaliśmy obserwować zaćmienie. W ten sposób pozostało nas 11 osób w dwóch samochodach. Jutro rano zamierzaliśmy wyruszyć w dalszą drogę, na południe, w malaryczny obszar, najmniej ucywilizowany, do którego biali turyści nigdy się nie zapuszczają. W oczach kierowców nasza wyprawa urosła do rangi ekspedycji. Jak sami powiedzieli, nikt z ich dotychczasowych klientów nigdy nie zdecydował się jechać w tamte rejony.
Manakara, 15.06.2001